Metalowa puszcza i asfaltowa obojętność. Oto, co nas otacza. Budujemy sztuczny krajobraz, który tak naprawdę podoba się niewielu a i to nieczęsto. Być może w tym tkwi paradoks, powodujący naszą narastającą frustrację i rozpaczliwą chęć sięgnięcia po pierwotność?
Mówi się, że dzikich miejsc na świecie pozostało niewiele. Tymczasem rzeczywiście maleje ich liczba, jednakże prawie połowa globu nie ma wątpliwej szansy na życie w społeczeństwie zurbanizowanym. Oczywiście niesie to ze sobą pewne trudności, ale czy jakaś cywilizacja ich nie ma? My, jako Polacy, nie musimy sięgać daleko. Wystarczy zajrzeć choćby w rejony Beskidu Niskiego naszych sąsiadów, Ukraińców, gdzie zabiera nas autorka wystawy „Karpaty Renaty”, Renata Pawelec.
Pani Renata odkrywa przed widzem coś, co już praktycznie jest reliktem przeszłości sztuki nowoczesnej. Mianowicie naturalność. Dziś łatwiej jest sprzedać karykaturę życia niż piękno natury. Tymczasem jak to jest z nami, że gdy widzimy Lazurowe Wybrzeże czy choćby jaskinie wapienne, serce natychmiast rwie się, by te widoki zobaczyć? To nie może być oparte na naszej kulturze, lecz siedzieć gdzieś głębiej, być bezwzględną wyrocznią piękna.
Oto oglądamy wystawę inną, do jakiej nie jesteśmy przyzwyczajeni. Otoczeni okrutnym i genetycznie modyfikowanym rodzajem humanizmu wpatrujemy się w obrazy, gdzie człowiek tworzy tylko tło dla natury. Betonowa dżungla za oknem tak wyraźnie kontrastuje z feerią barw, którą emanują pagórki.
Żeby w pełni zrozumieć autorkę, trzeba kochać góry. To miłość bezwzględna i trudna zwłaszcza dla nas, urodzonych i wychowanych na nizinach Podlasia. Kiedy przyjeżdżam do domu po takiej wycieczce, pierwszym skojarzeniem jest to, co powtarza wielu przybyszy: „Jak tu płasko!”
Chyba faliste zbocza działają na nas tym bardziej. Spotkanie z górami to swoista egzotyka, coś co przyciąga każdego mieszczucha. Artystka powiedziała, że zapragnęła zabrać góry tam, gdzie jest równo. To nie tylko inny świat malarki, która na co dzień mieszka w Warszawie. To jej świat przenośny, który można spakować do plecaka. Jej obrazy są subiektywnymi fotografiami wspomnień, gdzie nie liczy się data ani czas. To pamiętnik wzlotów i wzruszeń. Uporu i wytrwałości, okupionych godzinami spędzonymi na mrozie lub jedynie nadgryzionym posiłkiem. To swoiste dążenie do odkrycia dawnego świata, który chowa się jeszcze po kątach świata.
Na obrazie nie widać całej rzeczywistości. Pani Renata fotografuje zdarzenia, jednakże w jej obrazach żyje coś, czego nie można uchwycić i jednoznacznie zaszufladkować.
Zachwycić się pięknem przyrody. To takie ludzkie i piękne w swym samo istnieniu. Ukraińska natura z wyglądu przypomina Polskie góry, jednak pozostała względnie nienaruszona. Schodząc z każdego większego polskiego szczytu napotyka się od razu kilka kramików sprzedających niewiadomego pochodzenia oscypki czy pamiątki w niebotycznie wysokich cenach. Tam schodzi się do wsi zamieszkałych przez najwyżej kilkunastu mieszkańców. Wielu z nich żyje bez dostępu do mediów, korzysta w wiekowego i uciążliwego transportu, jednak mimo wszystko potrafi się na turystach dorobić. Spartańskie uroki wędrówki mogą być taką samą ucztą duchową jak pławienie się w luksusach. Bo, w istocie rzeczy, tak niewiele do szczęścia potrzeba nam…
Wystawę Pani Renaty Pawelec można oglądać w Galerii Podlaskiej codziennie od 9.00 do 16.00 do 7 maja 2009r.